Kołysanki dla małych kryminalistów (fragment)

ROZDZIAŁ 1, “Życie z Julesem”

Tuż przed moimi dwunastymi urodzinami przeprowadziliśmy się razem z Julesem, moim tatą, do dwupokojowego mieszkania w budynku, który nazywaliśmy Ostrich Hotel. Chyba pierwszy raz w życiu jechałam wtedy taksówką. Zatrzymała się w uliczce na tyłach hotelu, gdzie wszystkie ściany były zamalowane ładnymi graffiti. Zobaczyłam tam komiksową krowę ze smutnym pyskiem i dziewczynę w masce tlenowej z niemowlakiem w ramionach.
Jules miał na sobie futrzaną czapkę i długi skórzany płaszcz. Spieszył się, wyciągając nasze rzeczy z taksówki, bo było obrzydliwie zimno.
– Durny, jebany złamas! Ale piździ! – pokrzykiwał. I rzeczywiście, nie dało się powiedzieć nic innego, stojąc na dworze w taką pogodę. Myślę, że był dodatkowo wkurzony, bo taksówkarz skasował go na dziesięć dolców.
Jules wziął w jedną rękę walizkę ze swoimi ubraniami, w drugą biały walizkowy adapter. Byłam pewna, że wywali się z tym wszystkim, bo miał na nogach skórzane buty na płaskiej podeszwie, w których zakochał się bez pamięci, gdy je zobaczył w lumpeksie Armii Zbawienia. Nie miały pod spodem bieżnika, więc stopy Julesa sprawiały wrażenie, jakby się poruszały w wielu kierunkach jednocześnie. Pośliznął się tuż przed drzwiami hotelu i musiał się podeprzeć kolanem, żeby nie upaść.
Ja niosłam własną plastikową walizkę w zielone kwiatki wypchaną ubraniami i szkolnymi książkami. Na klapie wypisane było niezmywalnym flamastrem moje imię – Baby. Miałam też reklamówkę pełną lalek, którą ciągnęłam za sobą po ziemi.
Na szybie nad frontowymi drzwiami pochyłe złote litery układały się w napis “L’Hotel Austriche”. Co oczywiście znaczyło Hotel Austria, ale Jules nie czytał zbyt dobrze. W środku wzdłuż korytarza wisiały staroświeckie kaloryfery w róże. Jules uwielbiał kaloryfery. Uważał, że tylko one naprawdę ogrzewają mieszkanie. Przed schodami trzeba było stanąć na dywaniku w kwiatki i wytrzeć buty. Jules wcześniej odebrał klucze, więc po prostu ominęliśmy śpiącą za kontuarem portierkę.
Nasze mieszkanie składało się z większego pokoju i malutkiej sypialni dla mnie. Jak wszystkie mieszkania do wynajęcia w hotelach przy tej ulicy, było umeblowane. Niebieska tapeta w małe czarne gwiazdki nie wyglądała najgorzej, choć pod sufitem trochę się odklejała i zwisały z niej frędzle. Na zużytej wykładzinie nie dało się rozpoznać wzoru, który kiedyś ją zdobił, a kontakt był właściwie czarny od dotyku rąk włączających i wyłączających światło.
Tak samo jak w naszym poprzednim mieszkaniu unosił się tutaj zapach trawki i wilgotnych ubrań. Pachniało jak w kwiaciarni, w której wybuchł pożar i spłonęły wszystkie kwiaty. Osobiście nie miałam nic przeciwko żadnemu mieszkaniu, o ile po ścianach nie chodziły małe bursztynowe karaluchy czmychające do dziur. Nasze ostatnie mieszkanie było większe, ale zimne. Ciepło z elektrycznych paneli w listwach przy podłodze dawało tylko tyle, że Jules się pocił i marzł jeszcze bardziej.
Przeprowadzaliśmy się w pośpiechu. Jules przestraszył się, że jego kumpel Kent zamorduje go podczas snu. Kent wyjechał na zimę do Oshawy, żeby pracować w fabryce kijków narciarskich, i zostawił u nas na przechowanie dwie gitary elektryczne, wzmacniacz i torbę ubrań w zamian za dwa kartony papierosów. Były to papierosy z indiańskiego rezerwatu, z trzema orlimi piórami na każdym pudełku. Jules palił jednego za drugim, jakby miał ich nieskończone zapasy. Mówił, że smakują jak opony zmielone z kośćmi kurczaka i że zabiją go przed czterdziestką, ale odpalał jeden od drugiego.
Jules miał wyczucie czasu jak małe dziecko. Po miesiącu, kiedy po papierosach nie było już śladu, najwyraźniej zwątpił, że Kent jeszcze kiedykolwiek się pojawi. Sprzedał jego sprzęt za pięćdziesiąt dolarów. Dwa dni później Kent zadzwonił. Zostawił wiadomość, że wraca do miasta i wpadnie po rzeczy. Jules nie potrafił radzić sobie w trudnych sytuacjach, więc wpadł w panikę.
– Skąd ja mu teraz wezmę to gówno?! Wywaliłem jego ciuchy na śmietnik!
– Co on zrobi?! – zawołałam, wskakując na kanapę, jakbym zobaczyła mysz.
– Rozjedzie mnie, kurwa, samochodem! Jeszcze tylko połamanych nóg mi brakuje. Już i tak ledwo łażę! Wiesz, jak się nazywa ktoś, kto nie może chodzić? Inwalida!
– Nie możesz odkupić tych gitar? – krzyczałam, przeskakując
na jaśkach z nogi na nogę.
– Były warte z tysiąc dolarów. Wziąłem za nie zaledwie pięćdziesiąt. Nigdy ich nie odzyskam. Niby czego on się spodziewał? Że będę tu trzymał te graty do usranej śmierci? I tak już pewnie dostałem artretyzmu od potykania się w kółko o ten złom.
Tej nocy przyśniło mi się, że ściga mnie para biegnących butów. Obudziłam się zlana potem. Nie znałam Kenta, ale Jules tak mnie nim nastraszył, że następnego dnia w szkole nie mogłam przełknąć obiadu. Wieczorem, kiedy dzwonek do drzwi rzeczywiście zadzwonił, poczułam się, jakby pępek mi odpadł i wpadł między deski w podłodze.
Oboje z tatą siedzieliśmy zdenerwowani na kanapie, aż usłyszeliśmy oddalające się kroki. Wtedy Jules zerwał się i jakieś pięć minut wyglądał przez wizjer, aż uznał, że zagrożenie minęło. Otworzył drzwi, wyszedł na korytarz, a gdy wrócił, podał mi do przeczytania kartkę:“Gdzie, do cholery, jesteś??? Przyszedłem po rzeczy”.
– Jest nieważna – powiedział Jules, trzymając ją przed sobą. – Coś takiego trzeba nadać listem poleconym.
On i moja mama mieli po piętnaście lat, kiedy się urodziłam. Mama umarła rok później, więc musiał mnie wychowywać zupełnie sam. Nie był jednak przez to ani trochę bardziej dojrzały od jakiegokolwiek innego dwudziestosześciolatka. Przewracał się na podłogę i dosłownie umierał, kiedy puszczali w radiu jego ulubiony kawałek. Wmawiał ludziom, że jest daltonistą, bo wydawało mu się, że to brzmi oryginalnie. W ogóle nie wyglądał jak rodzic. Miał chłopięcą urodę, niebieskie oczy i brudne blond włosy, które czepiały się wszystkiego dookoła. Jego fryzura często przyjmowała kształt czapki, którą właśnie zdjął. Zawsze myślałam o nim jako o swoim najlepszym przyjacielu, o kimś prawie w tym samym wieku.
Gdyby moi rodzice byli dorośli, pewnie nie miałabym na imię Baby. Dawniej zmuszałam Julesa, żeby prowadzał mnie obok sklepików na ulicy St. Catherine, gdzie sprzedawali naszyjniki ze złotymi wisiorkami z napisem “Baby”. Serce zawsze biło mi mocniej, kiedy słyszałam swoje imię w piosenkach. Uwielbiałam, jak ludzie wpadali w zakłopotanie, gdy tłumaczyliśmy im z Julesem, że to nie jest przezwisko. To było ironiczne imię. Wcale nie oznaczało, że jest się niewinnym. Oznaczało, że jest się kimś super i przepięknym. Nie mogłam się doczekać, kiedy stanę się panią o tym imieniu. Miałam sztywne jasne włosy i byłam chuda jak diabli, ale kolega Julesa Lester mówił, że niedługo zostanę prawdziwą pożeraczką serc.
Jeśli jednak ma się młodego ojca, trzeba być gotowym na to, by spakować się w godzinę i uciekać przed dwudziestodwulatkiem z Oshawy, który może dostać szału, że się sprzedało jego gitary.

Chociaż łazienka w naszym nowym mieszkaniu była nieduża, zmieściła się w niej mała niebieska wanna. To dobrze, bo Jules uważał, że jego instynkt samozachowawczy nakazuje mu siedzieć w gorącej kąpieli co najmniej godzinę dziennie. Ktoś zostawił szklaną mydelniczkę w kształcie muszli. Leżał w niej komplet sztucznych paznokci, wyglądały jak opadłe płatki kwiatu. Dziwne, że ktoś tu mieszkał zaledwie przed kilkoma godzinami, a teraz wszystko należy do nas. Dokładnie pod nami mieściła się restauracja. Gdybym miała ochotę, mogłabym wychylić się przez okno i wykręcić żarówkę z jej szyldu. Jules zbiegł na dół po parę hot dogów i frytki.
– Świetna chata! – zawołał, otwierając drzwi kopniakiem. – Już dawno powinniśmy byli tu zamieszkać.
Jules uznał za wielką zaletę to, że hotel znajduje się na samym rogu ruchliwych ulic St. Laurent i St. Catherine. Wkurzał się, jeśli do najbliższego sklepu musiał chodzić choćby przecznicę dalej. Jednak ulicę St. Laurent trudno było nazwać idealnym miejscem do wychowywania dzieci. Biegła przez sam środek Montrealu, oddzielając część wschodnią od zachodniej. Mieściła się tutaj dzielnica czerwonych latarni, a ja uważałam, że to najładniejsza część miasta. Teatry, w których w latach dwudziestych i trzydziestych występowały prawdziwe sławy, przerobiono na tanie hotele i kluby ze striptizem. Wszędzie dookoła kręciły się prostytutki. Kiedy byłam mała, psuły mi humor, bo zawsze chodziły w pięknych pantoflach na wysokich obcasach, gdy ja musiałam nosić wstrętne kalosze. Mijając prostytutki, zamykałam oczy.
W ogóle wszyscy tutaj wyglądali, jakby nie zdążyli wrócić do domu po wczorajszym weselu. Wystarczyło pójść do Armii Zbawienia, kupić marynarkę w prążki i wetknąć w klapę plastikowy kwiat, by udawać arystokratę – w tej okolicy wszyscy żyli trochę na niby.
Na czołówkach lokalnych francuskich gazet zamieszczano zdjęcia striptizerek o skutych nadgarstkach i wielkich cyckach. Tutejszych ludzi nie interesowały wiadomości ze świata. Jeśli ktoś nigdy nie myślał o Paryżu, nigdy też nie zastanawiał się, jak bardzo jest od niego daleko. Na ulicach roiło się od Hell’s Angels bzyczących jak pszczoły.Fajnie było patrzeć, gdy jechali gęsiego jak na paradzie, żeby rozpieprzyć jakąś knajpę.
Pierwszej nocy po przeprowadzce Jules rozmontował czujnik przeciwpożarowy, żeby palić w spokoju. Uwielbiałam, kiedy palił papierosy w ciemnościach. Dym wyglądał wtedy jak synogarlica, która zwiastuje przyszłość świętym na obrazach. Jules miał na sobie ten sam co zawsze T-shirt z małą ręką trzymającą ze dwadzieścia baloników. Kiedy go zakładał, od razu dźwięczała mi w uszach piosenka “99 Red Balloons”.
Naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy mieścił się stary teatr z milionem żarówek na markizie. Tylko siedem czy osiem z nich świeciło – wyglądały jak pierwsze gwiazdki, do których wypowiada się życzenie.
Jules wyciągnął się do snu na rozkładanej kanapie, a ja wdrapałam się na łóżko z mosiężnym zagłówkiem. Otworzył białą pokrywę adapteru i nastawił płytę. Zasnął, zanim się skończyła. Leżałam i słuchałam rytmicznych uderzeń igły. Na końcu każdej płyty jest nagrany odgłos dzieci jeżdżących na wrotkach.
Ponieważ nazajutrz miałam iść do szkoły nową drogą, Jules postanowił, że mnie odprowadzi. Miało to znaczenie wyłącznie ceremonialne, bo znałam okolicę jak własną kieszeń i na pewno bym się nie zgubiła. Właściwie to chciałabym się zgubić, po prostu żeby wiedzieć, co się wtedy czuje. Chciałabym obudzić się pewnego ranka i nie mieć pojęcia, gdzie jestem. Ale nie ma tak dobrze. Zbyt wiele razy już się przeprowadzaliśmy, żeby coś takiego mogło się zdarzyć.
Nasza okolica najgorzej wyglądała o poranku. Ulice były puste, na chodniku widniały ślady wymiotów. Kolorowe światła wyłączano, a niebo miało kolor zakłóceń w telewizorze. Przed szkołą pocałowaliśmy się siedem razy, na szczęście. Potem Jules oznajmił, że musi do toalety, i pobiegł do domu. Kiedy weszłam do klasy, dzieciaki zaczęły się śmiać, bo widziały przez okno, jak Jules dziobał mnie niczym kwoka w policzki, które teraz były całe czerwone od jego drapiącej brody. Nauczycielka uciszyła klasę i rozdała nasze wypracowania o “Świerszczu na Times Square”. Jules pomagał mi je pisać w zeszłym tygodniu. Powiedział, że w książkach nic nie jest takie, jak się wydaje, i że świerszcz w metrze symbolizuje naród żydowski. Według niego w “Świerszczu…” chodziło o to samo co w “Skrzypku na dachu”. Nie mam pojęcia, czemu go posłuchałam, przecież wiedziałam, że wcale nie czytał tej książki. Dostałam zero punktów i nauczycielka kazała mi napisać jeszcze raz.
Gdy wracałam do domu, spotkałam Julesa na rogu. Wypatrywał kogoś, wyciągając szyję jak żuraw. Gestykulował, jakby w jego głowie odbywała się wyimaginowana kłótnia. Wyciągał przed siebie ręce, kierując dłonie ku górze, jakby chciał spytać wszechświat: “Co? No co?!”. Kapelusz opadł mu na oczy, więc kiedy go zawołałam, musiał mocno odchylić głowę, żeby mnie zobaczyć. Wiedziałam, że to nie mnie wypatruje, ale i tak ucieszył się na mój widok.
Dziewczyna Julesa powiedziała mi kiedyś, że jego jedynym atutem jest uśmiech. Wtedy uznałam to za cudowny komplement. Byłam zadowolona, że wszyscy widzą, jak Jules ładnie się uśmiecha. Nie podobał mi się sposób, w jaki ludzie zawsze schodzili mu z drogi na chodniku. Teraz ruszył w moją stronę, potykając się co chwila.
– Czy to mój cukiereczek? – zawołał.
– Cześć, Jules.
– Oddali ci wypracowanie?
– Dostałam piątkę – skłamałam.
– No pewnie! – zawołał. – Mówiłem ci, że jestem geniuszem. Niedocenionym geniuszem.

Kołysanki dla małych kryminalistów
Heather O'Neill
ISBN: 978-83-927952-0-9
Wydanie: 1, październik 2008 rok
Druk: Miękka oprawa, 340 stron