Kotka Brygidy (fragment)

Na podwórku Heleny rosło tylko jedno drzewo. Było to drzewo morwowe. Owoce morwy, z wyglądu trochę podobne do jeżyn, ale jasne, biało-zielone, były bardzo miękkie i słodkie. Helena lubiła owoce morwy. Lubiła wspinać się na ogromne drzewo i odnajdywać je pod listkami. A drzewo też lubiło Helenę. Ukrywało ją przed Stańcią, a często również i przed dziećmi z podwórka.
– Helena! Helena! – wołała Stańcia.
Helena siedziała na drzewie i patrzyła z góry na Stańcię, która wydawała się jeszcze mniejsza niż zazwyczaj.
– O Trójco Przenajświętsza, co to za dziecko! – lamentowała Stańcia, odwracała się na pięcie i pędziła do domu, bo coś kipiało albo się przypalało.
Z wysokości morwowego drzewa Helena widziała trzy świątynie. W każdej z nich mieszkał inny Bóg i to tym trzem Bogom, Przenajświętszej Trójcy, skarżyła się Stańcia. Tak myślała Helena, patrząc z góry na niską, okrągłą synagogę, zielonkawe kopuły cerkwi na tle pochmurnego nieba i ceglaną wieżę kościoła św. Floriana. To dobrze, że mieszka tu trzech Bogów. Nigdy nic złego się nie stanie. Nigdy.

Helena chodziła do kościoła ze Stańcią, bo Stańcia musiała chodzić do kościoła codziennie. W cerkwi była tylko raz, gdy ciocia Fela brała drugi ślub, bo w kościele można wziąć tylko jeden ślub. W synagodze, u trzeciego Boga, nie była nigdy, bo Stańcia jej nie pozwalała. Często, idąc ze Stańcią do kościoła, widziała, jak Żydzi ze wszystkich stron, powoli, w zamyśleniu, jeden za drugim, zdążają do swojej synagogi. Brodaci, w czarnych ubraniach, przypominali czarodzieja Merlina. Ich oczy patrzyły gdzieś daleko, a wargi poruszały się w bezgłośnej rozmowie. Oni widzą swojego Boga i mówią do niego, domyślała się Helena. Jak on wygląda, ten ich Bóg, zastanawiała się. Chodziła czasem do Istmanów, którzy wynajmowali od jej ojca drewniany domek na końcu podwórka. Istmanowie byli Żydami i między sobą mówili po żydowsku. Pani Istmanowa malutkimi kolorowymi koralikami wyszywała gorsety, spódnice i poduszki. Niepotrzebne koraliki wyrzucała przez okno i dziewczynki z podwórka zbierały je i chowały. A Helena dostawała koraliki od pani Istmanowej, bo ta zapraszała ją do domu. Istmanowie mieli bliźniaczki, Hanię i Basię. Helena bawiła się z nimi, choć były od niej młodsze. Zawsze jednak, gdy zbliżał się piątkowy wieczór, pani Istmanowa wypraszała ją grzecznie.
– Idź, Helenko, do domu – mówiła.
Ale Helena nie wracała do domu. Stała obok kapliczki z niebieską Matką Boską i patrzyła w okna Istmanów. Widziała odświętnie nakryty stół, twarze dziewczynek oświetlone płomykami świec, babcię Istmanową w ognistorudej peruce. Pan Istman i jego ojciec w małych berecikach na czubkach głów kiwali się i mówili coś długo i melodyjnie. To były żydowskie modlitwy. W lecie, gdy okna były otwarte, Helena wyraźnie je słyszała. Szła potem do domu, kładła na głowę metalową miseczkę, siadała za stołem, kiwała się i coś mamrotała, obce, wymyślone słowa.
– Przestań – mówiła mama. – Byłaś u Istmanów, widziałaś ich szabas, to dobrze. Ale nie przedrzeźniaj ich. Oni inaczej do Boga się modlą, to wszystko.
– Do jakiego tam Boga – dogadywała Stańcia.
– Do jakiego Boga? – pytała Helena.
– Jeden jest Bóg – mówiła mama.
Ale Helena wiedziała swoje. Tam, na Pradze, gdzie mieszkała, Bogów było trzech. I do wszystkich trzech modliła się co wieczór, zmieniając trochę modlitwę, której nauczyła jej Stańcia: „Panie Boże z kościoła, panie Boże z cerkwi, panie Boże z synagogi, Ojcze Nasz, który jesteś w niebie, święć się imię Twoje…”.

Helena miała mamę, ojca i Stańcię. Ale chciała mieć jeszcze kogoś. Starszego brata albo siostrę bliźniaczkę, jak u Istmanów. Albo kota, bo psów się bała.
– Koty w tym domu? Nigdy! Po moim trupie! – zaklinała się Stańcia.
Helena wyobrażała sobie, jakby to było: umarła Stańcia leży na progu, a po jej trupie wchodzą do domu koty.
– Jak ja będę taka stara jak ty, to będę miała dwadzieścia kotów. Zobaczysz – mówiła Helena.
– Jak tamta stara, co mieszkała w domku za bazarem. Miała ich ze czterdzieści, a smród był na całą ulicę. Aż w końcu ją zjadły – mówiła Stańcia.
– I tak ci nie wierzę. Takie zwykłe koty nie jedzą ludzi. Tylko tygrysy. Tygrysy też są kotami, tata mi mówił.
– A, gdzie tam. Tygrys to tygrys, a nie żaden kot – obruszała się Stańcia.

Pewnego razu Helena wdrapała się na morwę i ujrzała kota w kolorowe łaty: czarne, rude i białe. Siedział na gałęzi i patrzył na Helenę.
– O, jaki dziwny kot – powiedziała Helena.
– Nie jestem kotem – powiedział kot.
– To kto ty jesteś?
– Jestem kotką. Nie widzisz?
– Tego nie widać.
– Kot nigdy nie jest trójkolorowy.
– Jesteś taka śliczna – powiedziała Helena. – Czy mogę…
– A, pogłaskać. Możesz. Mnie też to czasem sprawia przyjemność. Tylko nie pod włos.
– Przecież wiem – powiedziała Helena i wyciągnęła rękę. Futerko kotki było tak miłe jak nic na świecie.
– Chciałabym, wiesz, chciałabym…
– Chciałabyś, żebym była twoją kotką, tak?
– Bardzo. Bardzo bym chciała – powiedziała Helena.
– A pozwolą ci? – spytała kotka.
– Nie. Nigdy mi nie pozwolą. Może kiedyś, jak umrze Stańcia.
– Kto to jest Stańcia? – spytała kotka.
Helena chciała odpowiedzieć, ale właśnie Stańcia wybiegła na podwórko. Miała niebieski długi fartuch. W ręku trzymała wiadro.
– To ona – powiedziała Helena. – Ona nie lubi zwierząt. Mnie też nie lubi.
Kotka popatrzyła z góry na Stańcię.
– Nie zgodzi się. To widać.
– Może ojciec się zgodzi – powiedziała Helena.
– Bardzo wątpię – powiedziała kotka.

Ojciec jak zwykle był w wytwórni. Wytwórnia mieściła się w niskim, długim budynku stojącym na podwórku. Helena i kotka zeszły z drzewa i od razu tam poszły. Helena wzięła kotkę na ręce. Ojciec stał obok wielkiej kadzi z jałowcowym piwem i rozmawiał z panem Kamilem.
– Tato – powiedziała Helena.
– Nie, Heleno, wiesz, że Stańcia nigdy się na to nie zgodzi – powiedział ojciec surowym tonem, widząc kotkę na rękach Heleny.
– Ale może ty się zgodzisz? – spytała Helena z nadzieją.
– Nie mogę. Musisz oddać tego kota.
– A widzisz! Wiedziałam – powiedziała kotka.
– Ona nie ma gdzie mieszkać. I jest taka śliczna!
– To prawda – powiedział pan Kamil. – Jakie ona ma niezwykłe futerko. Wezmę ją dla Brygidy. Wczoraj zdechł jej pies i Brygida cała noc płakała. Nie mogłem tego słuchać.
Brygida była najmłodszą siostrą pana Kamila. Helena nigdy jej nie widziała, ale pan Kamil często o niej opowiadał. Miała rude włosy, tak jak pan Kamil. I była starsza od Heleny o sześć lat.
– Ona to ma dobrze. Najpierw miała psa, a teraz ta kotka – powiedziała Helena. Chciało jej się płakać.
– Tylko nie płacz. Ja jestem zadowolona. Ten młodzieniec mi się podoba. Jeśli jego siostra jest do niego podobna, będę się tam dobrze czuła. To do zobaczenia – powiedziała kotka, zeskoczyła na ziemię i zaczęła wdzięczyć się do pana Kamila, jak potrafią to tylko koty – ocierała się o jego nogi, wyginała grzbiet i pomrukiwała.
Helenie było bardzo przykro, ale co miała robić. Poszła poskakać sobie na skakance. Zawsze tak robiła, gdy było jej smutno i źle.

Pan Kamil pracował u ojca Heleny w wytwórni. Pomagał mu robić piwo. Wszyscy lubili pana Kamila.
– Nie ma już dokładki – mówiła Stańcia i zabierała półmisek z powrotem do kuchni, chociaż były na nim jeszcze dwa kotlety.
Wiadomo było, że to dla pana Kamila.
Ojciec zapraszał pana Kamila na kawę i cygaro do swojego kantorka, chociaż innym gościom nigdy nie proponował swoich ulubionych cygar.
A najbardziej pana Kamila lubiła mama. Gdy ojciec szedł do restauracji Pod Wróblem, a Stańcia do kościoła, mama i pan Kamil rozmawiali w salonie po niemiecku. Helena wchodziła tam cichutko. Niezauważona siadała sobie na stołeczku i patrzyła na nich. Ale oni tylko rozmawiali. Helena czekała, aż zaczną się całować, jak pan i pani na pocztówce w szufladzie toaletki mamy. Ale nigdy nic takiego się nie stało. Zawsze tylko rozmawiali. Ale o czym? Nie wiadomo, mówili przecież po niemiecku.

Ojciec był stary, gruby i miał wąsy. Miał na imię Lucjan. A mama była młoda. Zawsze wyglądała ślicznie, z jasnymi lokami i ustami pomalowanymi na czerwono. To dlatego nigdy nie całowała Heleny, bo szminka by jej się starła. Miała na imię Julia, ale wszyscy mówili na nią Dzidzia. A Stańcia tak naprawdę była nianią mamy. Było to dawno, gdy mama była małym dzieckiem. Do tej pory Stańci się wydawało, że mama jest dziewczynką, a nie dorosłą panią.
– Moja Dzidziu, nie wychodź bez szala!
– Moja Dzidziu, chyba za mocno umalowałaś usta!
Tak wołała Stańcia, a wszyscy się z tego śmiali.

Gdy Helena miała sześć lat, zaczęła się wojna. A przedtem była przedwojna. Ale wtedy nikt nie wiedział, że to jest przedwojna. Dopiero potem, po wojnie, wszyscy zaczęli mówić: przed wojną było to, przed wojną było tamto. I wszystko, co przedwojenne, było inne, lepsze. I było w tym coś bardzo smutnego: to, że przedwojna odeszła na zawsze i nigdy już nie miała powrócić.
A tymczasem było ostatnie przedwojenne lato. Helena musiała wcześniej wrócić od wujka ze wsi, żeby w Warszawie czekać na wojnę. W domu czekały na Helenę niespodzianki. Na środku podwórka stała studnia, której tam przedtem nie było. A w piwnicy pod wytwórnią został urządzony schron. Były tam zapasy jedzenia i wody, koce, poduszki, sienniki, świece i latarki, a nawet prawdziwe maski gazowe. Helena wkładała maskę i bawiła się w słonia. Bo właśnie tak wyglądała, jak dziwny słoń z pomarszczoną trąbą.
Tamtego lata Helenie wydawało się, że wszyscy mają wakacje, dorośli też. Bo nagle ojciec, znajomi i sąsiedzi mieli dużo czasu, nie śpieszyli się do pracy, siedzieli godzinami w salonie w domu Heleny, słuchali radia i dyskutowali. O czym? Oczywiście o wojnie. W radiu też mówili o wojnie, o samolotach i o bombach. „Nie oddamy nawet guzika od munduru”, powtarzali. Co to będzie za wojna, myślała Helena, czy będzie to wojna o guziki? Wychodziła na podwórko, skakała na swojej skakance i podśpiewywała:
Nie oddamy guzika
Nie oddamy patyka
Nie oddamy guzika
Nie oddamy nocnika
Niczego nie oddamy
Schowamy się u mamy

Wojna zaczęła się pierwszego dnia po wakacjach. Nad Warszawą latały samoloty i zrzucały bomby. Helena musiała siedzieć w schronie. W schronie było dużo ludzi, Istmanowie, pan Kamil i inni pracownicy taty. Helenie z początku bardzo się podobało, bo Stańcia nasmażyła mnóstwo placków z jabłkami. Wszyscy siedzieli na kocach, zupełnie jakby byli nad rzeką, jedli placki i pili herbatę z aluminiowych kubków. Helena bawiła się z bliźniaczkami, ale one były jeszcze małe i musiały o siódmej iść spać. A potem, wieczorem, Helena nie miała co robić. Ojciec nie chciał jej opowiadać o królu Arturze, bo słuchał radia i rozmawiał z panem Kamilem i innymi panami. Helena myślała o tym, jakby tu niepostrzeżenie wyjść na zewnątrz i popatrzeć na samoloty, ale na razie, gdy wszyscy byli razem, nie było na to sposobu.
Potem wszyscy się już trochę przyzwyczaili do nalotów i coraz mniej osób schodziło do piwnicy. Mama mówiła, że woli spać w swoim łóżku i naloty jej nie przeszkadzają, ojciec i pan Kamil gdzieś znikali. Czasami w piwnicy była tylko pani Istmanowa z babcią i bliźniaczkami, no i Helena ze Stańcią.
– Heleno, pamiętaj o masce! Zawsze masz mieć ją pod ręką! – wołał ojciec, gdy tylko odzywały się syreny przeciwlotnicze. Ale maski okazywały się niepotrzebne. Szkoda, myślała Helena, i wyobrażała sobie, jak wszyscy, mama, ojciec, Stańcia i sąsiedzi, chodzą zawsze w maskach gazowych. Nie wyglądaliby jak ludzie. Może po jakimś czasie przestaliby być ludźmi.
Gdy nie było nalotów, ludzie z całej ulicy z wiaderkami i czajnikami przychodzili do studni, którą zbudował ojciec Heleny. Czasem kolejka do studni wiła się przez całe podwórko. A wszystko dlatego, że w kranach nie było wody.
– Skąd wiedziałeś, że nie będzie wody? – spytała Helena ojca.
– W czasie wojny może zabraknąć wszystkiego. Już przeżyłem jedną wojnę. I byłem na Syberii. Tam też brakowało wszystkiego – powiedział ojciec.

Któregoś ranka po nocnym nalocie Helena poszła ze Stańcią oglądać spalony dom. Była to duża kamienica stojąca przy szerokiej ulicy. Wyglądała strasznie, jak duch domu. Stała pomiędzy innymi kamienicami, przez poczerniałe, pozbawione szyb okna widać było wypalone pokoje.
– To była bomba zapalająca, nie taka zwykła, co wybucha – powiedziała Stańcia.
– Czy nasz dom też może się spalić? – spytała Helena.
– A pewnie. Jak taka bomba spadnie na dach, to nie ma co. Zapali się dach, a potem reszta.
– I nie można już nic zrobić?
– A tam, nie można. Trzeba pilnować, a nie spać – powiedziała Stańcia ze złością.

Helena obudziła się w środku nocy. Brakowało jej powietrza i czuła się źle. Słyszała jakieś okropne trąbienie. I wtedy przypomniała sobie, że jest w schronie. A trąbienie to było chrapanie babci Istmanowej, która nigdy się nie kładła, nawet noce spędzała w starym fotelu stojącym w rogu piwnicy. Było absolutnie ciemno. Helena wyciągnęła rękę. Obok niej na wypchanym słomą sienniku powinna leżeć Stańcia. Ale Stańci nie było. Helena przelazła na czworakach przez siennik Stańci i nie podnosząc się podeszła do drzwi. Po ciemku łatwiej chodzi się jak pies lub kot, na kolanach i rękach, jak na czterech łapach. Nie można się potknąć i przewrócić, a głową łatwiej wyczuwa się przeszkody. Helena wstała dopiero przy drzwiach. Powoli nacisnęła klamkę i wyszła ze schronu. Dopiero wtedy usłyszała samoloty. Głuchy warkot to zbliżał się, to oddalał. Tutaj też było ciemno. Helena znów opadła na cztery łapy i po schodach wdrapała się na górę, do małego korytarzyka, skąd można było wyjść na podwórko. Wymacała drzwi i wyszła na zewnątrz.
Chyba zbliżał się świt, bo niebo było dużo jaśniejsze niż mrok na dole. Nie paliło się ani jedno światło. Księżyc, który przesuwał się za chmurami, rzucał na wszystko nikły blask. Dom Heleny i kamienica, która stała obok, były czarnymi skałami. Helena podeszła do swojego morwowego drzewa. Mogła wejść na nie z zamkniętymi oczami. I tak zrobiła. Otworzyła oczy dopiero wtedy, gdy była już wysoko. Usłyszała samoloty. Nadlatywały od strony Wisły, cztery wielkie, ciężkie ptaszyska. Zrzucały bomby. Na tle prześwietlonych księżycem chmur wyraźnie było widać małe pakuneczki wypadające z brzuchów samolotów. Helena przeraziła się, że taki pakunek spadnie na nią albo na jej dom. Jednak patrzyła. A samoloty były coraz bliżej. Gdzieś daleko, może aż na Starym Mieście, widać było czerwoną łunę. To bomby zapalające, żeby tylko nie spadły na mój dom, myślała Helena.
– Idźcie sobie! Idźcie sobie! – krzyknęła głośno.
Ale cztery samoloty powoli zbliżały się właśnie tutaj, nad podwórko Heleny, coraz większe i straszniejsze. Helena popatrzyła z góry na swój dom. Wydawał jej się taki niewielki przy wysokiej kamienicy. I nagle zobaczyła kogoś na dachu. A samoloty były już bardzo blisko. Wtedy postać na dachu podbiegła dwa kroki. To była Stańcia, Helena poznała ją. Stańcia trzymała miotłę. Na dach spadła bomba. Stańcia zamachnęła się i jednym ruchem zmiotła bombę z dachu. Potem spadła druga i znów Stańcia ją zmiotła na dół, na podwórko. Jeszcze jedna bomba spadła na ukośny dach kamienicy i stulgała się prosto na dach domu Heleny. Te również Stańcia zmiotła na dół. Trzy bomby, rozpalone do czerwoności, leżały na podwórku. Samoloty odleciały. Na podwórku pojawiła się Stańcia, nabrała łopatą piasek ze skrzyni stojącej pod wytwórnią i zasypała bomby. Popatrzyła w niebo i poszła do domu. Helena zeszła z drzewa. Podwórko było puste. Zrobiło się prawie zupełnie jasno. Helena zobaczyła ojca i pana Kamila. Stali na dachu wytwórni. Pan Kamil palił papierosa. Rozmawiali, opierając się o kije, które trzymali w rękach. Helena pobiegła do domu. Weszła cichutko na pięterko, do swojego pokoju, do swojego łóżka. Było to bardzo przyjemne – przytulić głowę do swojej poduszki i otulić się swoją własną kołdrą. Mama ma rację, że nie schodzi w nocy do schronu. Ja też tak bym chciała, pomyślała Helena. Natychmiast zasnęła.

Rano Helena weszła do kuchni akurat w momencie, gdy Stańcia gotowała mleko. Stańcia patrzyła z napięciem w garnek, bo mleko w każdej chwili mogło wykipieć.
– Byłaś w nocy na dachu. Widziałam cię. Na drugi raz też wejdę na dach i będę zmiatać bomby – powiedziała Helena.
Stańcia odwróciła się do Heleny. I wtedy właśnie mleko wykipiało. Sycząc, rozlewało się po rozgrzanych fajerkach, a kuchnię wypełnił nieprzyjemny zapach.
– O matko! – krzyknęła Stańcia i odsunęła garnek. – Coś ci się śniło. Ja, na dachu? Co ci przyszło do głowy?

Więc jak to było, myślała Helena. Śniło mi się czy nie śniło? Jak to było naprawdę? Bała się spytać ojca, bo mógłby się pogniewać, że wyszła w nocy ze schronu. Więc spytała pana Kamila:
– Był pan w nocy na dachu wytwórni, prawda? I co pan tam robił? Zrzucał bomby z dachu? Kijem?
– A pewnie. Kijem hokejowym. Kiedyś grałem w hokeja. Dobrze mi szło, ale byłem za niski.
Tak powiedział pan Kamil, a Helena nie wiedziała, czy mówi serio, czy żartuje.
Kilka dni później przyszła Róża, najlepsza przyjaciółka mamy. Helena lubiła ją bardzo. Zwracała się do niej po imieniu, bo Róża tak sobie życzyła. Róża i mama były najpiękniejsze na świecie. Róża miała czarne włosy a mama złote i wyglądały razem jak księżniczki z bajki. Tego dnia Róża wydawała się inna niż zwykle. Nawet nie pocałowała Heleny na przywitanie. Usiadła w kuchni i wyjęła z torebki papierosy.
– Pani Różo! Nigdy pani nie paliła! Ja to zawsze mówiłam Dzidzi, żeby brała z pani przykład! – zawołała Stańcia.
– Co się stało? Dlaczego palisz? – spytała mama i też wzięła sobie papierosa z pudełka Róży.
– A ty dlaczego palisz? – spytała Róża ponuro i zapaliła.
– Od kiedy palisz? – pytała dalej mama.
– Od zeszłej soboty. Jak dom się spalił.
– O, Boże! Że też nie wiedziałam! Twój dom? Na Wilczej?
– Zawsze spałam, jak był nalot – powiedziała Róża. – Przykrywałam głowę kołdrą i myślałam, że najlepiej będzie, jak zasnę i obudzę się po nalocie. Że wtedy nic się nie stanie. Za nic nie chciałam zejść do schronu, chociaż ojciec strasznie na mnie krzyczał.
– O Boże! Przecież wy mieszkacie na ostatnim piętrze, pod samym dachem!
– Już nie mieszkamy. Spałam bardzo mocno, ale mnie obudzili. Szarpali mnie i krzyczeli, że się pali. Narzuciłam płaszcz na koszulę i zbiegłam na dół. Stałam na ulicy i patrzyłam, jak pali się firanka w moim pokoju. Wiesz, ta różowa. Płakałam. Jakiś mężczyzna stał obok mnie. Niech się pani uspokoi, powiedział. Mam jeszcze jednego papierosa, niech pani zapali. I zapaliłam. Pierwszy raz w życiu, chociaż mama stała niedaleko. Przecież jestem dorosła, pomyślałam.
– A tam, dorosła – burknęła Stańcia.
– A ojciec? Co z ojcem?
– A co ma być? Nieprzytomny, jak zwykle. Wrócił na chwilę na górę, żeby jeszcze coś zabrać z mieszkania, i wiesz, co przyniósł? Łyżkę do butów. Tylko tę łyżkę, co zawsze wisiała w przedpokoju.
– Tę z rączką w kształcie zajęczej główki?
– Właśnie tę. A wszystko inne się spaliło.
– O, kochana! – zawołała mama i przytuliła Różę. – Będziesz mieszkała u nas?
– Mieszkamy u wuja Benia. Oni wyjechali w sierpniu do Paryża. Wiesz, jacy są bogaci. Mamy teraz lepsze mieszkanie. Większe i na pierwszym piętrze, na Widok. Wiesz, jakie futra ciotka ma w szafie? A jakie suknie! Wszystko na mnie pasuje. Zresztą co z niej za ciotka, przecież jest niewiele starsza ode mnie. Wzięła tylko biżuterię, wyjeżdżali, jakby uciekali z pożaru.
– I dobrze zrobili – powiedziała Stańcia. – A pani to nie powinna palić, pani Różo. Jeszcze się pani przyzwyczai.
– Już się przyzwyczaiłam. Od razu, od tamtego pierwszego papierosa. Jak się patrzy, jak płonie firanka we własnym pokoju, to od razu można się przyzwyczaić.
– Wiem, to na pewno była bomba zapalająca – odezwała się nagle Helena. – Jakbyś nie spała, tylko wzięła miotłę i poszła na dach zmiatać bomby na dół, to by nic się nie stało.
– Co ty mówisz, Helena! Idź do siebie! – krzyknęła mama.
– Zostaw ją, Dzidzia! – zawołała Róża i roześmiała się głośno. – Chodź tu, moja dziewczynko, nawet mnie dziś nie pocałowałaś.
Helena podeszła, usadowiła się na kolanach Róży i było jak zawsze, jak dawniej, gdy nie było wojny i nie spadały żadne bomby. Mama i Róża opowiadały sobie o jakimś panu, który zakochał się w żonie innego pana, a Stańcia podała herbatę i konfitury z poziomek. I cała kuchnia pachniała poziomkami.

A potem bombardowania ustały. Warszawa się poddała i wszyscy mówili, że to jest kapitulacja. Ale wojna wciąż trwała, tylko że teraz nazywała się inaczej, okupacja.
– Akacja, okupacja, kolacja, kapitulacja – skandowała Helena, skacząc przez skakankę, dumna, że zapamiętała takie trudne słowa.
Okupacja oznaczała, że w Warszawie pojawili się niemieccy żandarmi.
– Nie myślałam, że to jest wojna z Niemcami. Nikt mi tego nie mówił – powiedziała Helena do ojca.
– A co myślałaś? Że z kim walczymy?
– Myślałam, że to jest wojna z samolotami.
– Z samolotami! – zawołał ojciec i roześmiał się. – Wolałbym, żeby tak było, naprawdę bym wolał.

Kotka Brygidy
Joanna Rudniańska
ISBN: 978-83-923288-8-9
Wydanie: 1, 2007 rok
Druk: Twarda oprawa, 160 stron