Mój tata z obcej planety (fragment)

ROZDZIAŁ 1, “Jajo z kosmosu”

Byłam mała i mieszkałyśmy z moją mamą w Warszawie, na Ursynowie, w niedużym mieszkaniu na samej górze dziewięciopiętrowego bloku.
Od kiedy pamiętam, paliła i czytała. Zawsze to samo, niebieskie guluazy i kolorowe arlekiny, małe książeczki ze smutną sylwetką pajaca w żółto-czarnym kostiumie. Na pewno musiała robić to, co inne mamy, prać, gotować i tak dalej, ale ja tego nie pamiętam. W moich wspomnieniach siedzi z podkuloną jedną nogą i zawzięcie macha drugą, w jednej ręce trzyma papierosa, a w drugiej książkę. Zaciąga się i przewraca kartkę, zatrzymując na mnie przez moment nieobecne spojrzenie.
– Mama – mówię wtedy i ona czasami mnie słyszy.
– Przecież widzisz, że czytam, Piotrusiu – mówi.
– O czym czytasz? – pytam.
– To bardzo ciekawe. Ta dziewczyna poznała go wtedy, gdy była w zupełnym dole. On był nie tylko przystojny, ale również bogaty.
– W jakim dole była tamta dziewczyna? – pytam. – Nie mogła z niego wyjść? To był dół z piachem?
Mama śmieje się, kiwa ręką, jakby odganiała muchę, i wraca do lektury. Taką ją widzę: ciemna głowa pochylona nad książką, włosy związane w koński ogon czerwoną tasiemką, zmrużone powieki podkreślone czarną kreską.
Najbardziej ze wszystkiego nie lubiłam swojego imienia. Na szkolnej legitymacji było napisane Piotra. Nigdy nie słyszałam o dziewczynce, która by miała na imię Piotra. Wolałabym nazywać się Patrycja albo Klaudia. Albo Angelika.
– Piotra to nie jest normalne imię. Dlaczego mnie tak nazwałaś? – pytałam mamy.
– Jak to, to zupełnie normalne imię. I śliczne. A Piotruś Pan? – odpowiadała mama.
– Ale on jest chłopcem! A ja jestem dziewczynką.
– I dlatego jesteś Piotrusią, a nie Piotrusiem – odpowiadała.
Wszyscy nazywali mnie Piotrusią. Tylko Angelika mówiła do mnie Piotrek. Nikomu innemu bym na to nie pozwoliła.
Na podwórku Angelika była najważniejsza, a ja byłam jej najlepszą przyjaciółką. Wyglądała inaczej niż wszystkie inne dziewczynki. Białoskóra, jakby nigdy nie była na słońcu, nawet latem ubrana na czarno, w czarnej krótkiej sukience i czarnych sandałkach. Błękitne oczy, złotorude włosy, lekko zaróżowione policzki. Niziutka, drobna i władcza. U niej w domu zawsze bawiliśmy się w śmierć.
Ten, który miał umrzeć, siadał w fotelu stojącym naprzeciw telewizora i umierał, a pozostali palili świece i powtarzali za Angeliką zdania, które czytała z grubej Biblii w okładkach z zielonego, błyszczącego plastiku.
Traktowaliśmy to poważnie, bo w tamtym fotelu umarł jej tata. Po prostu usiadł w sobotę rano przed telewizorem i umarł, a Angelika myślała, że zasnął, i siedząc na kanapie, obejrzała jeszcze całe “Pięć, dziesięć, piętnaście”, zanim jej mama zobaczyła, co się stało. Ale najbardziej lubiliśmy bawić się w sklepiku jej mamy. Mieścił się w starym pomieszczeniu zsypowym naszego domu, pod wejściem do klatki. Mama Angeliki sprzedawała tam warzywa. Gdy jechała po towar, w sklepie rządziła Angelika. Pozwalała nam ważyć kartofle i podawać pęczki włoszczyzny, butelki nałęczowianki i paczuszki gumy orbit. Sama obliczała należność na małym kalkulatorze, przyjmowała pieniądze i wrzucała je do szuflady. Zazdrościliśmy jej, chociaż klientami byli tylko nasi koledzy z podwórka lub ich mamy czy babcie.
Mniej więcej raz w miesiącu Angelika wywieszała na drzwiach sklepu kartkę “Nieczynne do odwołania”. To było wtedy, gdy przyjeżdżali do niej dziadek i dwaj wujkowie, którzy byli braćmi jej taty.
– Oni są sławnymi chirurgami – mówiła Angelika. – Kroją ludzi.
– Wszyscy trzej? Dziadek też? – pytały dzieci.
– Dziadek jest najsławniejszy. Pracuje w szpitalu wojskowym i operuje tylko generałów – odpowiadała Angelika.
Mama Angeliki, jej dziadek i wujkowie puszczali płyty z muzyką fortepianową i rozmawiali, a czasem krzyczeli i przeklinali tak głośno, że słychać było na całym podwórku. Trwało to dwie lub trzy doby,
dzień i noc. Szczególnie w nocy muzykę i głosy słychać było tak wyraźnie, że trudno było zasnąć.
– Znowu piją u Kłoskowej – mówiła sąsiadka z dołu, pani Zosia z najchudszymi nogami na świecie.
– Oni rozmawiają o moim tacie – mówiła Angelika.
Podczas tych wizyt Angelika sypiała u mnie. Leżałyśmy w moim łóżku, pod jedną kołdrą i do późnej nocy rozmawiałyśmy.
– A kto siedzi w fotelu twojego taty? – zapytałam ją kiedyś.
– Nikt – powiedziała Angelika. – Mama nie pozwala, żeby tam ktoś siedział. Jak ktoś tam usiądzie, to zaraz może umrzeć. Szczególnie dziadek, bo jest bardzo stary.
– A ja? Przecież siedziałam tam wtedy, kiedy bawiliśmy się w śmierć – zaniepokoiłam się.
– No i umarłaś – powiedziała Angelika. – Już się to nie liczy.
Ani ja, ani Angelika nie miałyśmy tatusiów. Mama Angeliki piła od czasu do czasu wódkę, a moja mama zakochiwała się.
– Wiesz, Piotrusiu, poznałam kogoś. To było naprawdę niesamowite. Wydaje mi się, że mógłby być dla ciebie wymarzonym tatą – mówiła mama, chociaż wiedziała, że marzę o psie, a nie o tacie.
Po takim oświadczeniu mama pakowała do reklamówki trochę moich ubrań, ręcznik i szczotkę do zębów i odprowadzała mnie do Angeliki. Lubiłam to tak samo jak wizyty Angeliki u nas. Tam też spałyśmy razem i rozmawiałyśmy prawie do rana. Gdy wracałam, moja mama już nie mówiła o żadnym tacie, a ja znajdowałam w domu zapalniczki, jednorazowe maszynki gilette, butelki z resztkami zwietrzałego szampana. Raz nawet zdarzył się zegarek, timex. Mam go do dziś, chociaż już dwa razy musiałam wymienić pasek. Jest fajny, bo ma podświetlacz i budzik. Nawet na planecie mojego taty nie przestał chodzić.
Tamtej nocy Angelika spała u mnie, a z jej mieszkania na całe osiedle rozchodziły się odgłosy szopenowskiej balangi. Chyba to gorące lato pomieszało im w głowach. Pootwierali wszystkie okna, puszczali mazurki Chopina i wrzeszczeli tak głośno, że słychać było każde słowo. Mama Angeliki nie odzywała się, ale jej wujkowie i dziadek wymyślali premierowi naszego rządu. Nazywali go komunistą, faszystą i Żydem. Nie wiedzieli, że chudonoga pani Zosia z parteru tak lubi tego premiera, że zadzwoni po policję.
Było tak:
Angelika i ja, w takich samych nocnych koszulach w paseczki, stoimy na naszym balkonie na dziesiątym piętrze i patrzymy w dół. Tam, na podwórku, obok śmietnika, z którego wysypują się na chodnik butelki i kartony, wśród tłumku sąsiadów stoi policyjna furgonetka z migającym szafirowym światłem. Na balkonie Angeliki, na pierwszym piętrze, stoi jej mama w długiej białej sukni.
– Ludzie, ratunku! To bandyci! Oni mają broń! Nie pozwalają nam słuchać Chopina! To nie są Polacy! – zawodzi mama Angeliki.
Dwóch policjantów w czarnych kombinezonach wyprowadza z klatki szarpiącego się i wrzeszczącego grubego mężczyznę. Balkony i okna stały się galeriami teatralnymi, a widzami tego nocnego spektaklu są nasi sąsiedzi w piżamach i szlafrokach.
– Dziadek! Dziadek! – krzyczy Angelika, przewieszona przez poręcz naszego balkonu. – Oni zabierają mi dziadka!
Ktoś ją łapie za ramiona i odciąga od barierki. To niewysoki, młody mężczyzna z ciemnymi włosami do ramion.
– Uspokój ją – zwraca się do mnie. – Idźcie na dół i zróbcie coś. Niech stąd pojadą. Chyba rozumiesz, że powinni stąd pojechać, prawda?
Nie rozumiem go. Ale widzę za nim wielkie świecące jajo. Jest większe niż nasze balkonowe drzwi, sięga chyba aż do dachu domu. To na pewno statek kosmiczny, myślę. Ten mężczyzna przyleciał tu statkiem kosmicznym. To mi się śni, nie ma innego wytłumaczenia. Biorę za rękę Angelikę i wchodzimy do dużego pokoju. Tam, na kanapie, pod żółtym kloszem lampy leży moja mama i czyta książkę.
Nie widzi nas. Na uszach ma słuchawki od walkmana. W telewizorze jakiś chłopak płynie pod wodą za kolorową rybą. Przy drzwiach odwracam się. Mama wciąż nas nie widzi. Wokół niej ścielą się kłaki niebieskawego dymu unoszące się znad papierosa leżącego na spodku. Widzę tytuł książki, która tak pochłania mamę: “Kochanek z gwiazd”. Wzruszam ramionami i ciągnąc za sobą pochlipującą Angelikę, wychodzę na klatkę schodową. Dopiero na schodach, czując pod stopami zimne kamienne stopnie, orientuję się, że jestem na bosaka. Angelika też nie ma butów.
Wchodzimy do windy i jedziemy na dół. Winda jedzie strasznie wolno. Drzwi do mieszkania Angeliki są otwarte na oścież. Widać przez nie duży pokój i mamę Angeliki stojącą na oświetlonym balkonie. Wchodzimy do pokoju. Dwaj wujkowie Angeliki siedzą na kanapie, nad nimi stoi trzech policjantów w czarnych kombinezonach. Wszyscy mają ponure miny. W fotelu taty Angeliki siedzi mężczyzna w szarym garniturze. Na kolanach ma czarny notes. Podchodzę do niego i patrzę mu w oczy.
– Niech pan wstanie z tego fotela, bo może pan umrzeć. Tu umarł tatuś Angeliki. Nikt nawet nie zauważył, jak on umarł. Ona nie ma taty, a wy zabieracie jej dziadka. Generałowie będą niezadowoleni. Pan na pewno nie jest generałem – staram się mówić wyraźnie i głośno.
– Nie, nie jestem generałem. Jacy generałowie? Dlaczego będą niezadowoleni? Skąd wyście tu się wzięły? – pyta.
– Dziadek Angeliki jest sławnym chirurgiem. On pracuje w szpitalu wojskowym i operuje tylko generałów. Prawda, Angelika?
– Prawda – kiwa głową Angelika.
– Boże, jak ja nie lubię jeździć do domowych awantur – mówi mężczyzna. – Wiedziałem, że coś tu śmierdzi, wiedziałem. Przyprowadźcie z powrotem tamtego! – zwraca się do tych w czarnych mundurach i wyciąga z kieszeni telefon. – Idźcie do niej i powiedzcie, żeby tak nie wrzeszczała – wskazuje nam mamę Angeliki. – Nic się nie stało! Co to za robota! Co za czasy! No, idźcie! Czy mam przesłuchiwać dzieci i aresztować pijane histeryczki?
Pojechali, gdy tylko mężczyzna siedzący w fotelu taty Angeliki porozmawiał przez telefon i zapisał coś w swoim notesie. Przedtem przyprowadzili z powrotem dziadka. Mama wróciła z balkonu, usiadła w fotelu taty Angeliki i zasnęła.
– Nie boisz się, że umrze? – zapytałam Angelikę.
– Niech sobie umiera. Mam jej dość – powiedziała Angelika.
Pozamykałyśmy wszystkie okna, opuściłyśmy rolety i wyszłyśmy stamtąd.
– Ale tu brud. Zobacz sama, Piotrek – powiedziała Angelika, gdy jechałyśmy do góry windą.
Podniosłam nogę i obejrzałam podeszwę swojej stopy. Była czarna.
– Znowu będziemy musiały myć nogi – powiedziałam.
– Ten dozorca nic nie robi, tylko krzyczy na dzieci.
– Myślałam, że to się nam śni.
– Coś ty – powiedziała Angelika. – To byłby strasznie głupi sen.
Drzwi naszego mieszkania też były otwarte. Z daleka, z korytarza, zobaczyłam mamę siedzącą w dużym pokoju na kanapie. Obok niej siedział tamten ciemnowłosy, młody mężczyzna z balkonu. Książka leżała na podłodze, okładkami do góry, a oni palili papierosy i patrzyli na siebie. Wyglądali, jakby siadywali tak od stu lat. Na ekranie telewizora jakiś chłopak spacerował wśród wielkich samochodów.
Mężczyzna wstał z kanapy i podszedł do nas. Był bardzo niski i chudy, a jego ciemne, oprawione w czarne rzęsy oczy były niemal na wysokości moich. Miał strasznie opaloną twarz.
– To ty jesteś Piotrusia. A ty Angelika, prawda? Może chce się wam pić? Zrobię herbatę i obejrzymy film. To świetny film, o jednym chłopcu – powiedział, przyglądając się nam.
– Jak to film? Przecież jest druga w nocy! – zaprotestowała mama.
– No właśnie. Najfajniejsze filmy puszczają dopiero nad ranem. Zawsze tak jest – powiedział mężczyzna.
Obudziło mnie światło. Spojrzałam w okno. Był słoneczny dzień. Oprócz nieba za oknem nie było nic. Leżałyśmy z Angeliką na kanapie w dużym pokoju przykryte niebieskim kocem mojej mamy. W telewizji szli “Jaskiniowcy”. Głos był ściszony. Usiadłam, podciągnęłam nogę i obejrzałam swoją stopę. Była czarna jak noc. A więc to nie był sen, pomyślałam. Spojrzałam w okno jeszcze raz. Teraz zobaczyłam je wyraźnie: przeolbrzymie białawe jajo, stojące na sztorc, wyższe niż nasze balkonowe drzwi. Jakby trochę przezroczyste pod słońce.
Podeszłam bliżej. Znów go nie było, widziałam tylko okropnie niebieskie niebo z papierowymi chmurkami. Postąpiłam krok w lewo. Jajo pojawiło się znowu. Jego powierzchnia, matowa i jednocześnie pełna światła, drżała lekko. Było, nie było. Fatamorgana.
Usłyszałam nagły rumor dobiegający z kuchni. Poszłam tam. Moja mama pochylała się nad zlewem. Miała na sobie swoją czerwoną koszulkę i czarne dżinsy. Włosy zasłaniały jej twarz.
– Co się stało? – zapytałam.
Odwróciła się do mnie. Ale to nie była moja mama. To był ten śniady mężczyzna, który zeszłej nocy zjawił się na naszym balkonie.
Od tamtego dnia mój tata był zawsze z nami. Ale nigdy nie powiedziałam do niego “tato”. Zwracałam się do niego po imieniu: Lew.

Mój tata z obcej planety
Joanna Rudniańska
Ilustracje: Mateusz Kaniewski
ISBN: 978-83-923288-6-5
Wydanie: 1, 2008 rok
Druk: Miękka oprawa, 136 stron